Leki a psychoterapia


Pod koniec 2015 r. ukazała się książka Jeffreya Smitha „Educated Consumer”, co można przełożyć na „Dobrze poinformowany konsument”. Smith jest psychiatrą i psychoterapeutą, tutaj można przeczytać jego blog.

Wart uwagi wydał mi się fragment dotyczący leków. Smith wydaje się nie być zwolennikiem stosowania leków albo przynajmniej widzieć ograniczenia ich stosowania. Pisze o czterech zagadnieniach, o których można myśleć, gdy rozważamy podjęcie farmakoterapii.

Po pierwsze, Smith zauważa, że każdy lek wpływa na pracę milionów komórek nerwowych. Chociaż naukowcy i producenci leków starają się ten wpływ zawęzić do obszarów, które uznaje się za odpowiedzialne za powstawanie określonych objawów, rzeczywistość jest taka, że skutki uboczne wciąż stanowią problem, ponieważ nie udaje się zatrzymać wpływu leków także na takie obszary i funkcje, które funkcjonują prawidłowo.

Po drugie, kiedy przyjmujemy leki, myślimy, że staramy się zaradzić „brakowi równowagi chemicznej”. Jak przekonuje Smith, to nieprawda – raczej lekami zakłócamy równowagę złożonego i samoregulującego się mechanizmu, jakim jest ludzki mózg. Istotną konsekwencją jest fakt, że leki wydają się skuteczne, jednak na dłuższą metę nie dają aż takiej poprawy.

Po trzecie, Smith podkreśla, że emocje podlegają leczeniu tylko wówczas, gdy są dostępne i można je czuć. Leki, które blokują przeżywanie określony emocji, sprawiają, że blokowany jest także proces leczenia. Smith twierdzi, że dotyczy to przede wszystkim leków z grupy benzodiazepin, jak i przeciwdepresantów.

Po czwarte, ponieważ leki stanowią dla umysłu informację, że ten nie musi ciężko pracować w terapii, obniżają motywację do psychoterapii, zwłaszcza wówczas, gdy przychodzi do mierzenia się z bolesnymi uczuciami.

Warte przemyślenia.

Michał Czernuszczyk

Ziemia jest płaska

Trochę w nawiązaniu do poprzedniego wpisu o najgłębszym odwiercie – jaki kształt ma ziemia w psychoterapii? Czy to kula, czy raczej płaszczyzna? Bo na przykład Borges w „Księdze istot zmyślonych” przytacza taki opis:

Bóg stworzył Ziemię; żeby miała na czym się oprzeć, pod ziemią stworzył anioła. Ale anioł też nie miał oparcia, więc pod jego nogi wsunął rubinową skałę; ponieważ skała nie miała oparcia, stworzył byka o czterech tysiącach oczu, uszu, nozdrzy, pysków, języków i stóp; ale byk nie miał oparcia, stworzył więc rybę imieniem Bahamut, pod którą umieścił wodę, pod wodą zaś ciemność – i tylko do tego punktu sięga ludzka wiedza.

Wydaje mi się, że w psychoterapii bliższa intuicji jest wiara, że zawsze coś musi być głębiej, choć może nie da się już do tego sięgnąć. Jest coś niestosownego w przypuszczeniu, że można by kogoś poznać na wylot, całkowicie. Trafniejsza, choć niezgodna z wiedzą naukową, jest myśl, że mrok jest zbyt głęboki, by go czymś rozświetlić, czy też że głębia jest za duża, by ją przemierzać.

Wizja schodzenia ku podstawie wydaje mi się też zgodna z doświadczeniem osób korzystających z terapii – że jedną z miar skuteczności terapii jest poczucie, że ma się kontakt z czymś głębszym, bardziej zasadniczym i podstawowym.

Michał Czernuszczyk

Jorge Luis Borges, Księga istot zmyślonych, tłum. Zofia Chądzyńska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000

Dziura w ziemi

Złożony ciąg lektur internetowych doprowadził mnie do strony http://www.damninteresting.com/the-deepest-hole/ o najgłębszym odwiercie geologicznym. Nie wiem, jak daleko można posunąć się w stosowaniu rozmaitych metafor do opisu procesu poznawania siebie. Często mówi się np. o archeologii jako metaforze poszukiwania psychologicznych źródeł funkcjonowania danego człowieka. To może i cytat z geologa będzie użyteczny? Zatem: przy okazji wykonywania najgłębszego odwiertu (ponad 12 km wgłąb ziemi) któryś z naukowców zauważył: „Every time we drill a hole we find the unexpected. That’s exciting, but disturbing.”, czyli w moim tłumaczeniu:

Ilekroć wiercimy dziurę, trafiamy na Nieoczekiwane. To ekscytuje, ale i coś w nas narusza.

Właśnie. Gdyby więc użyć metafory wiercenia dziury w ziemi do opisu bycia w psychoterapii, można by powiedzieć, że niepokojące jest nie tylko to, czego dowiadujemy się o sobie, ale już sam fakt, że to, czego się dowiadujemy, jest dla nas czymś, czego się nie spodziewaliśmy. Jeśli przyjąć, że przed tym, co niepokojące i naruszające dotychczasowy porządek, mamy tendencję się cofać, prawdopodobnie i w psychoterapii będziemy doświadczali niepokoju towarzyszącego właśnie nie tylko określonym treściom, ale samemu ich pojawianiu się i ich niezgodności z wcześniejszym naszym wyobrażeniem o sobie.

Ważne, bo inspirujące i nośne, wydaje mi się także to, że poszukiwania same w sobie są ekscytujące. Dzięki temu, że cała podróż wgłąb siebie nas pasjonuje, jesteśmy gotowi pokonywać trudności i wytrzymywać w momentach kryzysowych. Skoro już tak śmiało sięgam po metaforę z dziedziny, na której zupełnie się nie znam – ogólne zaciekawienie sobą i zaangażowanie w poznawanie się owocuje wynajdywaniem nowych sposobów obchodzenia się ze sobą i odnoszenia do innych, tak jak tym naukowcom radzieckim (oj, to zaczyna zakrawać na żart) udało się wynajdować kolejne sposoby pogłębiania odwiertu, np. dzięki opracowaniu nowego rodzaju wiertła…

To może nie będę się – nomen omen – dalej pogrążał.

Michał Czernuszczyk