Taki znakomity i dla psychoterapii ważny znalazłem tekst, którym się chętnie z Państwem dzielę:
Kiedy tak zastanawiam się nad swoim dotychczasowym życiem, dochodzę do wniosku, że mam właściwie sporo doświadczeń. Były w moim życiu okresy, w których odnosiłem sukcesy, wszyscy mnie chwalili czy wręcz rozpieszczali, ale także okresy, gdy mnie tylko kopali w tyłek i poniżali; bywałem zamożny, ale też czasem nie miałem grosza przy duszy; poznałem świat wielkiej burżuazji oraz świat robotników; ludzie prawili mi komplementy, lecz także nieraz mnie szkalowali; były czasy, gdy tyrałem jak osioł, a również okresy, w których strasznie się obijałem. W ogóle mam wrażenie, że moje życie składało się z najróżniejszych sprzeczności. Często też spotykałem się z tym, że posiadam wśród ludzi jakiś autorytet, który mnie wręcz niepokoił, bo wydawał mi się zupełnie niezasłużony i sądziłem, że nie będę potrafił sprostać temu, czego ode mnie oczekiwano.
Ale równie często stawałem się obiektem tylu różnych pomówień, niesprawiedliwych osądów i złych podejrzeń, że mimo najlepszej woli nie byłem w stanie pojąć, z czego one się biorą i czym na nie zasłużyłem. Jestem człowiekiem, który uchodzi za naiwnego i za cwanego, niektórzy mają mnie za strasznego fanatyka, inni – za pragmatyka, a jeszcze inni – za epikurejczyka; jedni ludzie widzą we mnie skrajnego radykała, zaś inni – starego ugodowca; z jednej strony jestem uważany za człowieka, którego nic nie rusza i który stanowi oparcie dla innych, a z drugiej – za depresyjnego nerwicowca, którego muszą wspierać inni. Uchodzę za bałaganiarza i jakiegoś bikiniarza, a jednocześnie wielu wyśmiewa moją biurokratyczną pedanterię. Niektórzy uważają, że jestem pewny siebie, zarozumiały i wyniosły, a inni wypominają mi niemal masochistyczne powątpiewanie we wszystko co możliwe, a zwłaszcza w siebie samego i w efekty mojej pracy. Gdybym brał pod uwagę wszystkie przeciwstawne oceny własnej osoby – oraz jeszcze dodał do tego wszelkie rzeczywiste przeciwieństwa, jakie we mnie tkwią – to naprawdę nie wiem, co bym ostatecznie miał o sobie myśleć.
Piękne, prawda? To z książki Vaclava Havla Siła bezsilnego. Reportaż z pierwszego uwięzienia w tłumaczeniu Andrzeja S. Jagodzińskiego, wydanej przez Ośrodek KARTA w 2022 r. (strony 71-72).
W psychoterapii – jak to czasem się mówi – szukamy siebie, jakiegoś jednego, spójnego obrazu tego, kim jesteśmy. Doświadczamy braku spójności, gdy np. wybuchamy gniewem, choć sądzimy, że złość generalnie szkodzi; wyobrażamy sobie własne zachowanie w jakiejś sytuacji, a gdy się w niej znajdujemy, zachowujemy się inaczej; rozważamy decyzje życiowe i nie rozumiemy, dlaczego tak właśnie wybraliśmy – więcej, jesteśmy tym nieźle zdumieni… Z kolei doświadczenie spójności daje nam silniejsze poczucie tożsamości, jednoznaczności, konsekwencji. Sądzimy, że wiemy, z czego wynikają nasze działania, jakie pobudki nami kierują i co chcemy osiągnąć. Powstaje w naszym umyśle całościowy plan życiowy, ogólny zamysł tego, jak chcemy, by nasze życie wyglądało i jakie zajmujemy w tym świecie miejsce.
Ale tu uwaga Havla wydaje mi się bardzo znacząca: „Gdybym brał pod uwagę wszystkie przeciwstawne oceny własnej osoby – oraz jeszcze dodał do tego wszelkie rzeczywiste przeciwieństwa, jakie we mnie tkwią – to naprawdę nie wiem, co bym ostatecznie miał o sobie myśleć.” Jak budować spójność, skoro tych możliwych wersji mnie jest tyle? Wiele w oczach innych, ale nawet wiele w moich własnych oczach? Kimże więc jestem? Ponieważ sam wolę pytania od odpowiedzi, podoba mi się ta niejasność, ta niepewność. Ale wiem też („… mam właściwie sporo doświadczeń”), że są chwile, kiedy tak przyjemnie byłoby coś wiedzieć o sobie, oprzeć się na czymś pewnym, czuć, że w danym zakresie mogę na sobie polegać.
Gdy myślę o psychoterapii, to tekst Havla wydaje mi się nieść pytanie o cel działań terapeutycznych. Bo gdy zobaczyć człowieka jako składającego się z tych społecznie budowanych niespójności, to czy można dążyć do jakiejś wersji siebie? Czy można wspierać jedną część, a innej starać się pozbyć, skoro wszystkie one są zbiorem części luźno powiązanych albo i nie powiązanych wcale, i w takim sensie równoważnych?
I też nie w każdym momencie życia jednoznaczność tego, kim jesteśmy i kim się czujemy, będzie wspierająca. Jednoznaczność spłaszcza nasze przeżycia. Wskazuje na to, co najwyraźniejsze, kosztem subtelności i złożoności. Niejednoznaczności potrafi towarzyszyć lęk.
Psychoterapia w moim rozumieniu to rozmowa o przeżywaniu. Bywa trudna, ponieważ właśnie nie daje definitywnych odpowiedzi, nie rozstrzyga. Konfrontuje nas (ściśle – sami się konfrontujemy) z naszą wielowymiarowością, niepoznawalnością, unikatowością. Warto? – a, to już do samodzielnego Państwa rozstrzygnięcia.