Minęły właśnie święta wielkanocne. Kto spędzał je z rodziną, wie, że sprawa jest przegrana: oni nie nadają się do niczego, nigdy się nie zmienią, znowu byli tacy jak zawsze (czytaj: beznadziejni), ulga, że się skończyło, tylko trochę głowa boli i trzeba znaleźć czas, żeby odpocząć po tych kilku dniach wolnych…
A książki Jansson lubię właśnie za to, że postacie w niej występujące, choć nie są sympatyczne (są wyjątki), to są bardzo interesujące. I mają swoje życie wewnętrzne, osobiste, indywidualne, związane z jakąś prywatną opowieścią danej osoby, która to opowieść nie musi splatać się z losami innych, ale wije się i tworzy (jest tworzona) przez tę właśnie postać tak odrębnie, cudownie konkretnie i przy użyciu tylko dla niej czytelnych symboli.
Niejasne? To może przykład dam. Choć nie wiem, czy będzie czytelny. Bo ten fragment, pochodzi z książki Uczciwa oszustka, gdzie narracja jest ciekawie formalnie rozwiązana (zmienia się z trzecioosobowej na pierwszo), co może utrudniać odbiór fragmentu. I jeszcze wyjaśnię, że Anna Aemelin jest ilustratorką książek dla dzieci (krytyka chwali ją za precyzję odwzorowywania runa leśnego, a wydawnictwo każe dorysowywać króliki – to trochę skomplikowane), a Katri Kling – nie jest jasne, kim jest Katri, poza tym, że główną bohaterką książki.
Przytaczam ten fragment, bo wydaje mi się, że pokazuje, jak Jansson fascynowała się przeżyciami ludzkimi nie wpadając w oceny i nastroje. Na przykład, gdy Anna częstuje Katri kawą i herbatą, a ta niczego nie chce – to Anna jest zaintrygowana, a nie obrażona. A może to autorka jest zaintrygowana? A może czytelnicy? No, nie wiem, ktoś jest na pewno. Zobaczcie:
Anna Aemelin otworzyła kuchenne drzwi.
– Jak to miło z pani strony, panno Kling… W taką pogodę, naprawdę niepotrzebnie…
Kobieta, która przestąpiła próg jej domu, była wysoka, miała na sobie coś kosmatego i nie uśmiechnęła się na powitanie.
Zapach niepewności. Od dawna zalega tu cisza. Starsza pani wygląda tak jak myślałam, jak królik.
– Jak miło, że przyniosła pani pocztę… Naturalnie, jest dla mnie ważna, ale… – Anna umilkła, czekając na reakcję. – Zaparzyłam kawę, pije pani kawę, prawda?
– Nie – uprzejmie odparła Katri. – Nie piję kawy.
Anna była bardziej zdumiona niż urażona. Wszyscy piją kawę, kiedy się nią częstuje, to oczywiste, po prostu przez wzgląd na panią domu inaczej nie wypada.
– To może napije się pani herbaty?
– Nie, dziękuję.
– Panno Kling – obcesowo rzuciła Anna – proszę postawić buty przy drzwiach, dywany nie tolerują wody.
Teraz mi się podoba. Niech stawia opór, a ja będę go przełamywać, amen.
Weszły do salonu.
Powinnam mieć jedną z jej książek. Nie, wcale nie, to nie byłoby uczciwe.
– Czasami – rozpoczęła konwersację Anna Aemelin – czasami się zastanawiam, czy nie byłoby przyjemniej, gdybym położyła w salonie wykładzinę. Jasną i puszystą. Co pani o tym sądzi, panno Kling?
– Szkoda takiej pięknej podłogi.
Oczywiście, chce mieć coś kosmatego. Z wykładziną czy bez, jest tutaj dostatecznie kosmato. Kosmato, włochato i gorąco. Może na piętrze jest więcej powietrza. Będziemy musieli na noc uchylać okno, bo inaczej Mats nie zaśnie.
Anna Aemelin podniosła okulary zawieszone na cienkim łańcuszku na szyi, chuchnęła na szkła i zaczęła je czyścić rąbkiem obrusa. Przypuszczalnie były oblepione włosami.
– Czy kiedykolwiek miała pani króliki, panno Aemelin?
– Słucham?
– Czy miała pani króliki?
– Nie, dlaczego…? Liljebergowie hodują króliki, podobno są uciążliwe… – Anna odpowiedziała automatycznie, w charakterystyczny dla niej sposób, niepewnie i nie stawiając kropki, po czym wskazała na dzbanek kawy i przypomniała sobie, że ten gość nie pije kawy. – Dlaczego, panno Kling, miałabym hodować króliki? – spytała z nagłą ostrością w głosie. – Czy pani ma króliki?
– Nie. Mam psa. Owczarka niemieckiego.
– Psa? – Anna była rozkojarzona. – Z psami nigdy nic nie wiadomo…
Rozpraszał ją nietknięty stolik kawowy. Wstała, napomknęła, że przyda się więcej światła, bo znowu się ściemnia, pozapalała kolejno wszystkie lampy, które rzucały teraz ciepły blask spod abażurów, i zaproponowała, że da Katri swój autograf. Miała ładny charakter pisma. Napisała imię i nazwisko i odruchowo zabrała się do rysowania królika, jak zwykle zaczynając od uszu, ale szybko przerwała i sięgnęła po czystą kartkę. Katri wyszła do kuchni. Pocztę położyła na stole, żywność na blacie. Z pakunku z wątrobą sączył się różowawy sok.
– Ohyda – powiedziała Anna za jej plecami. – Czy to… krew…? Nie znoszę widoku krwi…
– Proszę nie patrzeć, już zabieram.
Ale Anna rozwinęła pakunek i jej oczom ukazała się brunatnoczerwona wątroba, nabrzmiała od krwi, z siatką białych żyłek. Zbladła.
– Dam ją psu, panno Aemelin. Wezmę ją. Pójdę już.
Anna pospieszyła z wyjaśnieniem. Zawsze bardzo się bała, że z czasem różne wiktuały zaczną czymś trącić, że najpierw gdzieś się je odkłada i o nich zapomina, a potem wydzielają ten swój zapaszek i ogarnia człowieka lęk, że się popsują i trzeba je będzie wyrzucić… A przecież skoro świat jest taki, jaki jest, jedzenia nie wolno wyrzucać…
– Rozumiem – powiedziała Katri. – Coś się przechowuje i to coś zaczyna brzydko pachnieć. Dlaczego pani z tego nie zrezygnuje? Jeśli pani nie lubi podrobów, niech pani powie, że ich nie lubi. Dlaczego zamawia pani wątrobę?
– Ja jej nie zamawiam! To sklepikarz był tak miły, że ją dla mnie odłożył…
– Sklepikarz – wycedziła Katri. – Proszę sobie zapamiętać, że sklepikarz wcale nie jest miły. To zły człowiek. On wie, że wątroba panią brzydzi.
Na tylnym podwórzu Katri zapaliła papierosa. Mrok gęstniał.
Anna Aemelin patrzyła z okna werandy na swojego gościa schodzącego po zboczu. Wysoka czarna postać. Na dole, na gościńcu, były już dwie sylwetki, jakby z ciemności wyłonił się wilk i przyłączył do kobiety. Tuż obok siebie wracali do wioski. Anna stała przy oknie z uczuciem nieokreślonego niepokoju. Może dobrze by jej zrobiła filiżanka kawy…? Nie, raptem odeszła jej ochota. Uświadomiła sobie, że nie lubi kawy, że nigdy nie lubiła kawy.
Rozumiecie? Między tymi kobietami się coś dzieje, i w każdej z nich też, i to jest znacznie ciekawsze od tego, by się nawzajem oceniać i klasyfikować, a potem nie lubić. One mojej sympatii nie budzą, gdy wyobrażam sobie, że miałbym z nimi mieć osobiście do czynienia. Ale wielką sympatię czuję, gdy myślę sobie, że każda z nich na swój sposób odważnie przeżywa tę sytuację. Nie wiem, jakich słów użyć, by nie brzmiało to zbyt pompatycznie, ale mnie się zdaje, że one jakoś tak smakują życie, jego najdrobniejsze chwile, najprostsze gesty. To wymaga pewnego dystansu, pojedynczości, wręcz osamotnienia. Obie kobiety są samotne, prawda? To się czuje. Ale przez to, że się wydają takie pogodzone z własną samotnością, jakby mogły się otwierać na siebie nawzajem. Określone i osadzone we własnych granicach mogą bezpiecznie ryzykować zdziwienie i zaintrygowanie.
I piszę to w kontekście świąt – że może na ludzi z rodziny też da się tak spojrzeć. Gdy trochę okrzepniemy w tym, kim sami jesteśmy, to może ich wady, dziwności, nawyki możemy zobaczyć po Janssonowsku: z zaciekawieniem i drzemiącą pod spodem i cichą fascynacją.
Tove Jansson, Uczciwa oszustka, tłum. Halina Thylwe, Wydawnictwo Nasza Księgarnia
zdjęcie pochodzi z: https://whitewall.art/wp-content/uploads/elementor/thumbs/Tove_Jansson_portrait-%C2%A9-Per-Olov-Jansson-min-r1imhvhzi5hrfvlf0y8pe6gnwychc5i27pynlwczsi.jpg