Z okazji kwietnia (wiadomo – tak przeplata…) drugi wpis o Tove Jansson. Bo dobrej literatury nie da się trzymać w kredensie, tylko trzeba jej pozwolić wypełznąć. A poza tym jest to literatura obrazująca złożoność relacji, niespójność w uczuciach, dziwność miłości.
Ta konkretna opowieść jest o miłości dziewczynki do kotki. Przeklejam całe fragmenty, żeby historia była czytelna:
Była to szara kotka rybacka, która szybko rosła. Pewnego dnia opuściła przybudówkę i przeniosła się do domu, gdzie spędzała noce pod łóżkiem, w szafliku do zmywania, bo już wtedy miała całkiem własne pomysły. Sophia zanosiła kotkę z powrotem do przybudówki i robiła wszystko, żeby się jej przypodobać, ale im więcej ją kochała, tym szybciej kotka wracała znowu do szaflika. Gdy szaflik był pełny, kotka miauczała i ktoś musiał zmywać naczynia. Nazywała się Ma Petite, a wołano ją Mapi.
– Dziwna rzecz z tą miłością – mówiła Sophia. – Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka.
– Całkiem słusznie – nadmieniła babka. – I co się wtedy robi?
– Kocha się dalej – odparła Sophia groźnie. – Kocha się coraz bardziej i bardziej.
Babka westchnęła – i nic nie powiedziała.
Mapi była noszona po wszystkich przyjemnych miejscach, które kot mógłby polubić, rozglądała się dokoła i odchodziła. Mocno obejmowana i ściskana wytrzymywała to grzecznie i właziła do szaflika. Słuchała namiętnych zwierzeń i odwracała swoje żółte oczy. Zdawało się, że nic na świecie nie interesuje tej kotki poza spaniem i jedzeniem.
– Wiesz co – mówiła Sophia. – Czasem zdaje mi się, że nienawidzę Mapi. Nie mam już siły jej dłużej kochać i myślę o niej cały czas.
Tydzień po tygodniu Sophia chodziła za kotką. Przemawiała do niej łagodnie i darzyła ją czułością i zrozumieniem, i tylko raz skończyła się jej cierpliwość, wrzasnęła i pociągnęła kota za ogon. Mapi prychnęła i schowała się pod domem, a potem miała jeszcze większy apetyt i spała jeszcze lepiej niż zwykle, zwinięta w kłębuszek o niewyobrażalnej miękkości, z łapką zgrabnie położoną na nosie.
Sophia przestała się bawić i zaczęła miewać zmory. Nie mogła myśleć o niczym innym niż o kotce, która nie chciała się do niej przywiązać. Przez ten czas Mapi rosła i stała się chudą i dziką kotką, a pewnej pięknej czerwcowej nocy nie wróciła do swojego szaflika. Rano przyszła do domu i przeciągała się, prężąc ogon ku górze, najpierw przednie łapy, potem tylne. Zmrużyła oczy i zaczęła ostrzyć pazurki o fotel na biegunach. Następnie wskoczyła do łóżka, żeby spać, cała tchnąca spokojną wyższością.
Potem następuje fragment o tym, że Mapi uczy się polować, co Sophię prawie zniechęca do kotki, tyle że wcale nie. Sophia próbuje okazać Mapi dezaprobatę za polowania nie rozmawiając z nią. Więc dochodzi do tego, że:
– Słuchaj! – powiedziała Sophia. – Chciałabym, żeby Mapi nigdy się nie urodziła. Albo żebym ja się nigdy nie urodziła. Byłoby o wiele lepiej.
– Więc nadal nie rozmawiacie ze sobą? – zapytała babka.
– Ani słowa – odparła Sophia. – Nie wiem, co mam robić. A jeśli jej przebaczę, to co to za przyjemność, skoro ona wcale o to nie dba?
I babka nie znalazła na to odpowiedzi.
Ponieważ kotka nie odpowiada wzajemnością na miłość, a sąsiedzi potrzebują kota, który by polował, czego ich kot Svante nie robi, to Mapi wędruje do Övergårdów, a Svante do Sophii i jej babci.
Nowy kot nazywał się Svante. Svante zajadał płotki i lubił pieszczoty. Przeniósł się do przybudówki i spał co noc w ramionach Sophii, a co rano zjawiał się przy porannej kawie, po czym znów zasypiał w łóżku przy kuchni. Kiedy było słońce, zwijał się na ciepłej skale.
– Nie tutaj! – wołała Sophia. – To jest miejsce Mapi! – odnosiła kota nieco dalej, ten lizał ją w nos i zwijał się posłusznie na nowym miejscu.
Lato robiło się coraz ładniejsze, długi szereg spokojnych błękitnych letnich dni. Co noc Svante spał z nosem wetkniętym pod policzek Sophii.
– Ze mną to jest dziwnie – stwierdziła Sophia. – Uważam, że robi się nudno z tą piękną pogodą.
– Tak uważasz? – spytała babka. – Jesteś dokładnie taka jak twój dziadek, on też lubił sztorm. – Ale zanim zdążyła opowiedzieć więcej o dziadku, Sophia sobie poszła.
I stopniowo zaczęło wiać, najpierw którejś nocy ostrożnie, a rano zrobił się z tego porządny południowo-zachodni wiatr, który miotał pianą na całe wzgórza.
– Zbudź się – szeptała Sophia. – Zbudź się, kochanie, jest sztorm.
Svante mruczał i wyciągał rozgrzane w łóżku łapy na wszystkie strony, na prześcieradle pełno było kociej sierści.
– Wstawaj! – krzyknęła Sophia. – Jest sztorm! – Ale kot tylko odwrócił się na miękki brzuszek. Wtedy Sophia, całkiem nieoczekiwanie, okropnie się rozzłościła, rozwarła drzwi i wyrzuciła kota na wiatr, a zobaczywszy, że kładzie uszy po sobie, krzyknęła: – Poluj! Rób coś! Bądź kotem! – a potem rozpłakała się, pobiegła do babki i zaczęła walić w drzwi.
– Co tam się znów stało? – zapytała babka.
– Ja chcę Mapi z powrotem! – krzyczała Sophia.
– Ale przecież wiesz, jak to będzie – powiedziała babka.
– Będzie okropnie – odparła Sophia poważnie. – Ale ja ją kocham.
I znowu zamienili koty.
Prawda, że ładne? I obrazowe. Zupełnie jak w życiu.
Tove Jansson, Lato, tłum. Zygmunt Łanowski, Nasza Księgarnia 2017