Po co komu psychoterapia

Cieszą mnie bardzo komentarze do wpisów. Są sygnałem, że ktoś to czyta, a także że lektura sprawia, że pojawiają się przemyślenia i pytania. Świetnie. Wierzę, że kwestie poruszane w komentarzach mają szczególne znaczenie dla komentujących – a więc są to kwestie ważne, warte omawiania, dyskutowania.
Jednym z ostatnich komentarzy jest uwaga do wpisu „Dokąd prowadzi psychoterapia?”, brzmiąca: „Nie mogę się z tym zgodzić: terapia to leczenie, pacjent zgłasza się do psychorepauty aby złagodzić będący w nim jakiś rodzaj cierpienia psychicznego – jeżeli psychoterapeuta nie wie, do czego prowadzona przezeń „terapia” powinna lub może doprowadzić, to powinien to szczerze powiedzieć na 2 czy 3 spotkaniu a nie marnować czas i pieniądze pacjenta, Takie podejście byłoby uczciwe…” Myślę o tych słowach – i mam chęć je skomentować szerzej, bo wydaje mi się, że osoby podejmujące psychoterapię mogą chcieć wiedzieć, na co mogą liczyć. Mogą też chcieć usłyszeć to od terapeuty. Przecież – jak zauważ Autor komentarza – terapia to leczenie, a podejmując leczenie liczymy na uzdrowienie. To naturalne.

Zwykle przychodząc do lekarza oddajemy się – często dosłownie – w ręce specjalisty. Traktujemy swoje ciało jak przedmiot, urządzenie wymagające naprawy, przeglądu, działania ze strony kogoś obeznanego z zasadami funkcjonowania tego czegoś. Przyjmujemy bierną postawę – oczywiście, że nie zawsze i w różnym stopniu, ale zasadniczo ufamy, że to specjalista wie lepiej, co należy zrobić. Ta bierna postawa jest według mnie zrozumiała i wskazana. Tematem żartów są przecież pacjenci i klienci mechaników samochodowych, którzy lepiej wiedzą.

W psychoterapii jest inaczej. Co jest obszarem kompetencji psychoterapeuty? Wśród samych psychoterapeutów zdania z pewnością są podzielone. Moje zdanie – i podkreślam, że jest to właśnie moja deklaracja, ważna dla osób zgłaszających się do właśnie mojego gabinetu – jest takie, że tym obszarem jest rozmawianie o przeżywaniu. Jeśli więc odwołujemy się do porównania z gabinetem lekarskim czy warsztatem samochodowym, gdzie przychodzimy z przedmiotem, którego funkcjonowanie chcemy poprawić (czy to naszym ciałem, czy samochodem), to w gabinecie psychoterapeutycznym owym przedmiotem jest przeżywanie, a więc coś bardzo niematerialnego, co zawsze w dodatku „dzieje się”, a nie „jest”. A jeszcze dalej w dodatku zmienia się pod wpływem przyglądania się temu i studiowania. I jeszcze dalej: cierpienie psychiczne często wiąże się właśnie z tym, że nie można tak zupełnie i całkowicie podzielić się tym, jak widzimy i przeżywamy świat. Nie możemy wyrazić się do końca (tak mi się zdaje przynajmniej) i zawsze pozostaje obszar pewnej frustracji, niemożności porozumienia się. Niekiedy bywa on tak duży lub tak dotkliwy, że przychodzimy o nim porozmawiać – i wtedy jest miejsce na psychoterapię. Ale tego nie da się powierzyć w cudze ręce – tym można się tylko dzielić. Stąd w moim przekonaniu psychoterapeuta nie jest specjalistą na podobieństwo lekarza czy mechanika.

Chcę wyraźnie podkreślić, że część koleżanek i kolegów po fachu z pewnością by się ze mną nie zgodziła. Na pewno są tacy, którzy sądzą, że terapeuta jest specjalistą od przeżywania (a nie tylko rozmowy o nim) i wie, jak pacjent powinien funkcjonować (a więc jak naprawić pacjenta, a przynajmniej co jest w nim zepsute). Taka postawa może pacjentom dawać duże poczucie bezpieczeństwa, możność powierzenia się, nabrania nadziei, że ktoś tu jest mądry i wie, co należy robić. Powodowany doświadczeniem zawodowym, ale i osobistym jestem przekonany o złudności takiej nadziei, ale wiem też, że bywa ona pomocna, może czasem niezbędna.

Wróćmy jednak do meritum, czyli myśli, że terapeuta powinien szczerze powiedzieć, że nie wie, dokąd prowadzi prowadzona przezeń psychoterapia, a nie marnować pieniądze i czas pacjenta. Hm. Może spróbuję tak: gdy ktoś – parafrazując klasyka – w połowie drogi ludzkiego żywota pośród ciemnego znalazł się lasu, to może chcieć skorzystać z dwojakiego rodzaju pomocy: albo chce drogowskazu, którędy do znanego miejsca, albo ciekawość przeważa nad lękiem i ów ktoś chce przyjrzeć się, jak to się stało, że (być może po raz kolejny) wylądował w nieznanym sobie miejscu i to wbrew zamierzeniom i chęciom. Informacja udzielona przez psychoterapeutę-specjalistę od przeżywania brzmieć będzie: „Tędy.” Przez psychoterapeutę-specjalistę od rozmowy o przeżywaniu brzmieć będzie: „O, to ciekawe. I jak to jest być w takim miejscu?” Na co decyduje się przeznaczać czas i pieniądze pacjent?

Michał Czernuszczyk

Michał Czernuszczyk

2 Comments

  1. Dziękuję za nawiązanie do mojego komentarza. Mój pogląd jest taki, że osoby chcące podjąć psychoterapię nie tylko „mogą chcieć” ale po prostu powinny być na pierwszym spotkaniu informowane, na co mogą liczyć u danego specjalisty – niestety, z moich doświadczeń wynika, że jest zupełnie inaczej. Raczej można oczekiwać rytualnego „Czego Pan oczekuje po psychoterapii?” niż wyjaśnienia tej kwestii przez psychoterapeutę.

    Wydaje mi się, że dla wielu osób bardzo rozczarowująca będzie informacja o tym, że psychoterapia to miesiące lub lata rozmów, które mogą dokądś doprowadzić (albo nie) ale kompletnie nie wiadomo dokąd i jaką drogą. Poza tym mówienie w tym kontekście o „terapii” jest językowym nadużyciem.
    Definicja słownikowa jest taka: „leczenie zaburzeń psychicznych i emocjonalnych bez użycia leków, polegające na oddziaływaniu na psychikę pacjenta” https://sjp.pwn.pl/sjp/psychoterapia;2572976.html.

    To, co Pan opisał wyżej, nie jest w żadnym sensie leczeniem, a co najwyżej (niepewną i zawodną, nieopartą na żadnej weryfikowalnej metodzie) próbą pomocy klientowi w samopoznaniu. I tak to powinni psychoterapeuci przedstawiać, a nie wprowadzać w błąd mówiąc, że oferują leczenie czegokolwiek.

  2. Ale przecież to jest oddziaływanie na psychikę. Skłania do refleksji nad pewnymi tematami, do przeżycia pewnych emocji jeszcze raz, ale ze zrozumieniem skąd i dlaczego są takie a nie inne. A to właśnie właściwe przeżycie tych emocji pozwala się uwolnić od ich nadmiaru, wybuchu. W terapii właśnie chodzi o poznanie siebie i nauczenie się życia z samym sobą, z tym bagażem, który nosimy, ale żeby przestał aż tyle ważyć, by nas nie przygniatał. Sama zaczęłam terapię ze świadomością, że ona potrwa może kilka miesięcy, a może i kilka lat, bo trochę się nazbierało. Szczerze, byłam dopiero na 2 spotkaniach i wyczekuję następnych. Przed pierwszym spotkaniem coś jak by mnie ściskało z każdej strony. Po pierwszym spotkaniu było lepiej. Mogę porównać to do podróży z walizką pełną gorzkich i kwaśnych cukierków, z nielicznymi słodkimi, oraz kilkoma litrami napoju, ale podróż ta jest pieszo, do tego nie odśnieżonych drogach, na których warstwa puchu sięga ok 10-15cm. Po pierwszym spotkaniu poczułam się jak bym wypiła tak ze 2-3 litry napoju, dzięki czemu walizką jest lżejsza i łatwiej ją ciągnąć. 2 spotkanie to były może 2 zjedzone cukierki, ale zawsze kilka gramów mniej do ciągnięcia. Czasami jest to bardziej, a czasami mniej widoczne jakie zmiany w człowieku zachodzą. Ale właśnie żeby terapia miała sens, trzeba być gotowym na to, by opowiadać i analizować sytuacje ze swojego życia, co bywa nie łatwe, a emocje bywają jeszcze cięższe. Terapia ma pomóc w radzeniu sobie z tymi starymi, a także ułatwić przeżywanie nowych emocji, by przestać je zamiatać pod dywan albo chować do szczelnie zamkniętego słoika. Bo kiedyś nie starczy miejsca pod dywanem, a słoik może się rozbić, co może nie skończyć się dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *