Żałoba po związku?

Święto Zmarłych. Więc o żałobie będzie.

Jest taki termin w psychoterapii „żałoba po związku”. Wyraża konieczność opłakania rozstania, pożegnania się z nadzieją, przeżycia żałoby takiej, jak po śmierci bliskiej osoby, ze wszystkimi tej żałoby fazami: zaprzeczenia, złości, smutku, akceptacji. Miałby to być warunek gotowości do ruszenia w dalszą drogę, podejmowania kolejnych związków.

A ja na przykład nie bardzo się zgadzam z takim ujęciem. Wydaje mi się, że to jest i nadużycie językowe, by mówić o żałobie w odniesieniu do kogoś, kogo – owszem – straciliśmy, ale kto żyje, i psychologizacja, to jest poradzenie sobie z trudnością emocjonalną w taki sposób, że zamieniamy je w oswojone, opisane, przewidywalne zjawisko.

Ten ktoś żyje. I czasem w dodatku żyje życiem, które nam się bardzo nie podoba, bo w kolejnym związku. Albo korzysta z życia w sposób, jaki nie był obecny ani dostępny w naszym związku. Możemy się na tego kogoś lub na siebie złościć, możemy czuć się zawiedzeni, upokorzeni, możemy zazdrościć (chcieć też takiego życia dla siebie) czy zawiścić (życzyć temu komuś, by szlag trafił jego dobre samopoczucie, żeby nie miał lepiej od nas).

Jeśli uznamy tę osobę za martwą i będziemy przeżywali żałobę, zaprzeczymy temu, że może i po naszej stronie była odpowiedzialność za niepowodzenie związku. Mamy trochę nadziei przecież, że nieboszczyk/nieboszczka raczej nie woleliby śmierci od życia z nami – tacy okropni chyba nie jesteśmy. Natomiast skoro realność jest taka, że ów ktoś może woli być z kim innym albo sam(a)… Hm. Nieprzyjemna myśl. Ale dzięki niej możemy się uczyć. Dowiadujemy się tą bolesną lekcją czegoś o sobie. Nie zawsze mamy dostęp do konkretów – zwłaszcza bezpośrednio po rozpadzie związku trudno może być rzeczowo rozmawiać o tym, co się nie udało i jak się do tego sami przyczyniliśmy. Ale może z czasem? Może właśnie jeśli nie zareagujemy przesadnie mściwie i nie zniszczymy tej relacji, by właśnie społecznie uśmiercić dla siebie tę osobę, to kiedyś będzie szansa na retrospekcję i przyjrzenie się z dystansu, jak to dla nas było?

Ale oczywiście mogę się mylić. Na przykład niektórzy może z nieukładaniem się związku radzą sobie tak, jak niewidoczny na ilustracji sprawdza sytuacji z obrazka, nieźle – jak widać – obeznany ze sztuką taksydermii.

Michał Czernuszczyk

Michał Czernuszczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *