Miłość jest dziwna, prawda?

Często, gdy trafiam na jakiś ciekawy literacki fragment, mam ochotę go zacytować na blogu, bo jest na przykład – jak poniżej – intrygującym ujęciem zależności, bliskości, zaangażowania emocjonalnego, asymetrii relacji. Między ludźmi tyle potrafi się dziać i to jest takie niesamowite! Ale kiedy przepisuję, nachodzi mnie myśl, że może to wstyd tylko tak cytować, a przydałby się jeszcze jakiś autorski komentarz (fejsbukowe: „O czym myślisz, xxxxx?”, co zawsze mnie irytuje, bo coś tam może i myślę, ale dlaczego mam to zapisywać, a po drugie niewiele myślę). Tylko że to właśnie, jak to już ktoś napisał, jest tak trafne i zarazem nowe i stare (wiecie, o co mi chodzi?), że aż mi żal to psuć jakimiś wymuszonymi moimi refleksjami.

Więc tylko cytat. Jeden pan słucha nieznajomej pani opowiadającej z płaczem o jemu nieznajomym panu.

Nie, nie śmiech powstrzymywała, ale łzy. I teraz przestała je powstrzymywać. Zakryła twarz w dłoniach i rozpłakała się. O Boże! Kobiece łzy to w ogóle coś przerażającego, a tym razem na domiar wszystkiego jeszcze nic nie rozumiałem. Maja szlochała gwałtownie, zapamiętale jak dziecko, drżąc całym ciałem, a ja siedziałem jak głupi, nie wiedząc, co począć. W takich wypadkach najczęściej podaje się szklankę wody, ale w gabinecie-pracowni nie było ani szklanki, ani wody – tylko stelaże wypełnione przedmiotami o niewyjaśnionym przeznaczeniu.

A dziewczyna ciągle płakała, strumienie łez przeciekały jej między palcami, spazmatycznie wciągała powietrze, chlipała – i mówiła tak, jakby myślała na głos – przerywając samej sobie, bez celu, bez logiki.

…Trzymał ją krótko – i to jak! Jak tylko próbowała pokazać rogi, tak jej dawał popalić, że aż huczało. Miał gdzieś, że jest dziewczyną, młodszą od niego o całe trzy lata – była jego rzeczą, jego własnością. Stała się nią od razu, nieomal pierwszego dnia, kiedy ją zobaczył. Miała wtedy pięć lat, a on osiem. Biegał w kółko i wykrzykiwał swoją własną wyliczankę:

Ptaki, zwierzaki
pod drzwiami stały,
jak do nich strzelano,
to umierały.

Dziesięć, dwadzieścia razy z rzędu. To ją rozśmieszyło i wtedy pierwszy raz pokazał jej, gdzie raki zimują…

…To było wspaniałe – być jego rzeczą, ponieważ on ją kochał. Więcej nikogo i nigdy nie kochał. Tylko ją. Wszyscy inni byli mu obojętni. Niczego nie rozumieli i nie potrafili zrozumieć. A on wychodził na scenę, śpiewał piosenki i deklamował wiersze – dla niej. Tak właśnie mówił: „To dla ciebie. Podobało ci się?” I skakał wzwyż – dla niej. I nurkował na głębokość trzydziestu dwóch metrów – dla niej. I pisał po nocach wiersze – też dla niej. Bardzo ją cenił, ją – swoją własność i ciągle starał się być godny takiej wartościowej rzeczy. I nikt nic o tym nie wiedział. Zawsze umiał zrobić tak, żeby nikt nic nie wiedział. […]

…Idiotka, głupia idiotka! Na początku wszystko było tak dobrze, a potem podrosła i spróbowała się oswobodzić. Oświadczyła mu wprost, że nie życzy sobie dłużej być jego rzeczą. Przykrócił jej cugli, ale ona była uparta, stała na swoim. Wtedy znowu pokazał, co potrafi, potraktował ją okrutnie i bezlitośnie, tak jak traktował swoje wilki, kiedy próbowały przestać go słuchać. Ale ona nie była wilkiem, była bardziej zawzięta niż wszystkie jego wilki razem wzięte. Wtedy wyciągnął zza pasa nóż, który samodzielnie wytoczył z kości znalezionej w lesie i z wściekłym uśmiechem bardzo powoli rozpruł sobie rękę od dłoni do łokcia. Stał przed nią z tym wściekłym uśmiechem, krew chlustała mu z ręki jak woda z kranu, zapytał: „A teraz?”. I nie zdążył jeszcze upaść na ziemię, kiedy zrozumiała, że to on miał rację. Miał rację, jak zawsze, od samego początku. Ale ona, idiotka, po stokroć idiotka, za nic nie chciała mu jej przyznać…

…A ostatniego roku, kiedy wróciła z wakacji, nie było już niczego. Coś się stało. Prawdopodobnie już go wzięli w swoje ręce. Albo dowiedzieli się o wszystkim i oczywiście wpadli w panikę, idioci. Przeklęci rozumni idioci. On popatrzył na nią jak na powietrze i odwrócił się. I więcej już nie spojrzał. Przestała dla niego istnieć, tak jak wszyscy inni. Utracił swoją własność i pogodził się ze stratą. A kiedy sobie znowu o niej przypomniał, wszystko już było inaczej. Życie na zawsze przestało być tajemniczym lasem, w którym on był władcą, a ona tym najcenniejszym, co miał. Już go zaczęli zmieniać […], był już w pół drogi do innego świata, gdzie ludzie zdradzają i dręczą się nawzajem. I było widać, że stoi na tej drodze pewnie, że okazała się dobrym uczniem, pojętnym i zdolnym. Pisał do niej, a ona nie odpowiadała. Wzywał ją, a ona milczała. A powinien był nie pisać, nie wzywać, tylko przyjechać, dać jej szkołę jak za dawnych czasów i być może wszystko byłoby jak dawniej. Ale nie był już żadnym władcą. Był mężczyzną, jakich wielu kręci się wokół i przestał do niej pisać…

…Ostatni jego list, jak zwykle napisany ręcznie – uznawał tylko ręczne pisanie, żadne tam kryształy, magnetyczne nagrania, tylko ręcznie, ostatni jego list przyszedł właśnie stamtąd, znad Błękitnej Żmiji – „Ptaki, zwierzaki pod drzwiami stały, jak do nich strzelano, to umierały” – napisał. I nic więcej nie było w tym jego ostatnim liście…

Arkadij i Borys Strugaccy, „Żuk w mrowisku”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001, przełożyła Irena Lewandowska (a, to dlatego to się tak dobrze czyta!), str. 50-52

Michał Czernuszczyk

Michał Czernuszczyk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *