Jakimś cudem terapia pomaga


Taki rysunek znalazłem na FB – na zdrowy rozsądek coś w tym jest:

Kółka (nie)zrozumienia, czyli "A mimo to terapia działa"

Kółka (nie)zrozumienia, czyli „A mimo to terapia działa”

W kolejnych kółkach, począwszy od największego, znajdują się następujące zdania:

  • Co myślę
  • Co jestem w stanie ubrać w słowa
  • Co mówię innym ludziom
  • Co ludzie tak naprawdę rozumieją

Pewnie tak jest, że myślimy… tyle, ile myślimy. Jeszcze mniej umiemy nazwać. I tylko część tego wypowiadamy. Ale to ostatnie, najmniejsze kółeczko…

Nie, właściwie to krok wstecz, do tego trzeciego kółeczka. Przypomina mi się beznadziejna rozmowa beznadziejnego poety Riuchina z Mistrza i Małgorzaty samego ze sobą:

Ale co on [Puszkin – MCz] właściwie takiego zrobił? Nie pojmuję… Czy coś naprawdę niezwykłego jest w tych słowach: „Zamieć mgłami niebo kryje…” ? Nie rozumiem!…

Mam nadzieję, że Riuchin wie, tylko tej własnej wiedzy nie rozumie, że jest coś niezwykłego w tych słowach. Że zarazem nazywają one dokładnie coś, jak i chwytają coś znacznie większego. Czysta poezja, znaczy. I Riuchin, jako poeta mierny, nazwać tego czegoś nie potrafi, ale przeczuwa, że coś tam jest. I to Coś to w psychoterapii ważne zjawisko. To jest przeczucie tego, co się dzieje w drugim człowieku. Czasem przeczucie to wzbudzone będzie słowem (jak w przypadku poezji), czasem obrazem, melodią, a czasem po prostu miną, gestem, milczeniem i spojrzeniem.

Wyrazem tego głębokiego rozumienia bywa dostrojenie, czyli umiejętność (niekoniecznie świadoma) wywołania nastroju bliskości i porozumienia gestem, ciałem, tonem głosu, mimiką. Dostrojenie wynika z tego, że choć nie zawsze znamy i pojmujemy treści obecne w naszym rozmówcy, to wiemy coś na jego temat, czego słowa nie obejmują.

Łatwo dostrzec ten mechanizm tam, gdzie słowa jeszcze nie mają znaczenia – w komunikacji między matką a dzieckiem. Nie zawsze matka to matka – czasem może być ojciec, a czasem inny opiekun. Ale chodzi tu o matkę w takim sensie, że jest to ktoś, kto żywi do dziecka uczucia miłości i jest w to dziecko zaangażowany. Matka i dziecko (malutkie) nie potrzebują (i nie mogą) rozmawiać, żeby się zrozumieć, ale to, że na ogół się rozumieją, nie budzi wątpliwości. Matka jest w stanie na przykład pocieszyć dziecko, a więc dostrzec jego cierpienie i jakoś dziecku przekazać fakt, że je dostrzega. To zupełnie niezwykłe zjawisko, ponieważ w takiej chwili matka zarazem wysyła sygnał, że wie, że np. stłuczone kolano boli (no, może tu już mówimy o nieco starszym dziecku niż niemówiący zupełnie noworodek – ale i tak rola języka jest niewielka), że jest tym przejęta, ale że to doświadczenie jej nie przytłacza. Zaobserwowano nawet, że matki używają do takiej komunikacji specjalnego tonu, który jest inny zarówno od głosu, jakim posługują się w rozmowach z innymi ludźmi, jak i nawet z tym dzieckiem w sytuacji, gdy dziecku nie dzieje się żadna krzywda. Takie niezwykłe dostrojenie…

W psychoterapii nie ma aż takiego współbrzmienia. Jeśli pojawia się wrażenie, że jest, to tylko na chwilę i raczej jako nadzieja na bliskość doskonałą, niż rzeczywiste przenikanie się emocjonalne. Jednak na pewno to rozumienie wykraczające poza to, co 1) sam o sobie wiem, 2) ubieram w umyśle w słowa i 3) wypowiadam głośno, pojawia się w gabinecie. I to – jak myślę – w obie strony. Mimo że dość rzadko o tym rozmawiamy wprost, mam wrażenie, że pacjenci także nieźle znają swoich terapeutów i że wiedzą o nich znacznie więcej, niż tylko tyle, ile terapeuci na własny temat zdecydowali się powiedzieć (i co pacjenci przeczytali na fejsie).

Michał Czernuszczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.