Jak się uczyć spontaniczności


Miga ten kursor, miga, niby wiem, co chcę napisać, ale nie mogę tego sformułować. Może tak, może inaczej. Gapię się w pusty ekran… <– To jest ilustracja tego, o czym ma być ten wpis: o utykaniu i braku spontaniczności. Dość często słyszę o podobnej bolączce od osób, z którymi rozmawiam – że rozgrywają różne scenariusze zachowania w myślach, ale na myśleniu się kończy; że zapytani potrafiliby zareagować, ale nie umieją zainicjować działania; że się czują czymś spętani, zakneblowani, i nie wiedzą, jak sobie z tym dać radę.

Problem z brakiem spontaniczności jest taki, że im bardziej się chce go pokonać, tym może stawać się poważniejszy. Co więcej, na ogół koncentracja na zadaniu sprzyja znalezieniu rozwiązania, jednak inaczej jest w przypadku spontaniczności – tutaj koncentracja, napięcie się, wytężanie sił, powtarzanie sobie, że muszę, raczej wzmacniają poczucie bezsilności. Także psychoterapeutyczna rozmowa w gabinecie potrafi dokładać sprawie ciężaru gatunkowego – w końcu pacjent przychodzi do terapeuty często nieźle zdesperowany, kiedy kłopot np. z brakiem spontaniczności wyraźnie niekorzystnie przejawia się w życiu tegoż pacjenta. I przecież ów pacjent chce i ma prawo być poważnie traktowany. Ale powaga w gabinecie dokłada się do codziennej powagi, gdy pacjent w ogóle stara się być spontaniczny. Terapeuta, żeby okazać szacunek i zrozumienie dla trudności, także może robić raczej marsową minę. Uczymy się od najlepszych – niech mi ktoś znajdzie fotografię uśmiechniętego Freuda.

No to jak? Co robić? Otóż…

Nie mam na to dobrej odpowiedzi. Żadna poważna odpowiedź nie może być dobra. Owszem, sprawa wymaga szacunku, w ogóle człowiek wymaga szacunku – bezsprzecznie. Nie mogę nikogo namawiać, żeby nie traktował siebie samego tak poważnie i się po prostu zbytnio nie przejmował, a wszystko się ułoży. To jest rada z zasady nieskuteczna, ponieważ ma stanowić lekarstwo na poważną bolączkę, ból, źródło wstydu, niemocy, wewnętrznej złości i zewnętrznej bierności. Na tym właśnie polega zakleszczenie, że przejmujemy się tym bardziej, im bardziej się przejmujemy (mnie samemu zaczyna w głowie dźwięczeć im bardziej pada śnieg, tym bardziej prószy śnieg).

Mój guru psychoterapii Donald Winnicott pisał o funkcji zabawy. Pisał bardzo poważne artykuły na ten temat i poważnie o tym mówił. Przekonywał, że warunkiem rozwoju jest odkrycie przestrzeni między mną a światem, którą Winnicott nazywał właśnie przestrzenią zabawy. Co dokładnie miał na myśli – tego tłumaczył nie będę, tylko zachęcam do lektury jego książek. Natomiast chcę powiedzieć, że natchnęło mnie do napisania tego tekstu to, że znajomy aktor i artysta Piotr Boruta przysłał mi zaproszenie na swój warsztat: https://www.facebook.com/events/2117085281659559/. Zdaje się, że to może być okazja, żeby dowiedzieć się, co to jest zabawa i trochę poćwiczyć spontaniczność. Zachęcam ze względów zdrowotnych.

Michał Czernuszczyk

Michał Czernuszczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *